Atlantyckie wyzwanie - część druga

Jacht SOLIDARITY w drodze na start do Transatlantic Challenge wypłynął z portu Port St. Louis du Rhone (koło Marsylii) i dopłynął do Morayra (Hiszpania). W tym odcinku dalszy ciąg relacji kapitana Andrzeja W. Piotrowskiego"

Etap Morayra – Almerimar nie dostarczył za wiele sensacji. Pogoda była podobna – przeciwne wiatry o sile od prawie zera do ponad siedmiu w skali Beauforta. Po drodze godzinny postój najpierw w porcie Santa Pola po paliwo, a następnego dnia w Garrucha także po paliwo i wykonanie niezbędnych telefonów do Chicago do Krzyśka Kamińskiego Po wizycie w Polsce ma nas odwiedzić w Vilamoura toteż spotkanie musimy szczegółowo nagrać". Podczas przejścia przylądka Cabo da Gata w nocy przy zupełnie niewielkim wietrze napotkaliśmy wyjątkowo wysoką i skotłowaną falę. Starałem się nie myśleć o niesprawdzonej płetwie balastowej i sterowej (jacht nie był wyciągany z wody od 3 lat). Nad ranem niespodzianka – mimo, że byłem tutaj w 1992 roku (też na Solidarity) – nie mogę znaleźć wejścia do mariny. Albo za dużo świateł na lądzie, albo tak się od tego czasu rozbudowała. W końcu na tle dziesiątek lamp na lądzie znajduję migające niepozorne zielone światełko prawej główki wejściowej. Obsługa mariny kieruje nas do kei dość daleko od biura. Płyniemy tam, po drodze kolejna niespodzianka, napotykamy przycumowany żaglowiec z polską banderą i portem macierzystym Gdańsk. Znam go, nazywa się Wodnik i jest własnością Szweda prowadzącego biznes w Polsce i chyba mającego polską małżonkę. Mimo rannej pory decydujemy się na „krzynkę” snu wszak przez ostatnie dwie doby za dużo go nie było. Przed snem zgodnie stwierdzamy, że najbardziej męczące są wachty przy sterze w systemie dwie godziny snu i dwie wachty. Na dłuższą metę rejs składa się z niekończących się wacht i równie niekończących prób zaśnięcia na dwie godziny. Podczas południowej wędrówki po porcie napotykam kolejne ślady polskości. Niedaleko od nas stoi jacht, którego właścicielem jest Bartek Zydroń z Polski. Jacht nosi banderę Vanuatu i nazywa się Tapasya. Przez dwa wieczory jestem gościem na pokładzie jachtu i z ust właściciela wysłuchuję historii powstania łódki. Została przez niego częściowo zaprojektowana i zbudowana w Polsce. (mój kolega z Chicago Irek Mikołajczyk powinien go znać bo jakiś czas budowali jachty obok siebie w Szczecinie).

Jacht nosi banderę Vanuatu z powodów oszczędnościowych i aby ominąć kretyńskie przepisy stosowane przez władze polskiej administracji morskiej. Niedaleko od Tapasyi spotykam dobrze mi znany jacht Quo Vadis. Jest to jacht Darka Pękali – żeglarza polskiego dobrze znanego w Chicago. W tenże ciekawy sposób ponownie splotły się nasze losy – w 1997 roku w rejsie z Chicago do Polski wśród czterech jachtów znalazły się Solidarity, Quo Vadis i Stardust Irka Mikołajczyka.

Wizyta w biurze wyjaśnia sprawę; wszyscy stoją tutaj bowiem jest to chyba najtańsza marina na Morzu Śródziemnym – za jacht wielkości Solidarity (10 m długości) płacę 4,43 euro dziennie. Jedenastego grudnia rano opuszczamy Almerimar. Postanawiam płynąć jeżeli pogoda będzie sprzyjać non-stop do Vilamoury. Odległość prawie 300 mil morskich chciałbym pokonać w 2,5 dnia. Tankuję paliwo i w drogę. Wiatr tradycyjnie w pysk niemniej jest niewielki toteż i fala niewielka. Następnego dnia o 10.40 mijamy Europa Point w Gibraltarze. The Rock wznosi się majestatycznie nad nami. Niepokoję się o silne prądy pływowe występujące tutaj podczas pływu syzygijnego. Razem z naturalnym prądem w kierunku wschodnim (z Atlantyku woda wlewa się do Śródziemnego uzupełniając braki wynikłe z intensywnego parowania) mogą spowodować barierę nie do przejścia dla jachtu żaglowego. Koniecznie muszę się dowiedzieć się o której jest jego (pływu) kulminacja. Wtedy dokonam niezbędnej kalkulacji. Przez UKF-kę nawiązuję kontakt z Sheppards Marina. Wiadomość jest pomyślna – jeszcze kilka godzin prąd pływowy będzie płynąć na zachód. Podczas tego czasu pokonam najwęższą (7.5 mili) część cieśniny. Później jest dużo szerzej i prądy tracą na sile. Wychodzimy na Atlantyk. Wszystko się zmienia, kolor wody i co zdaje się prawie niemożliwe – wiatr. Przechodzi na wschodni i trwa tak przez następną dobę aż wchodzimy trzynastego grudnia w sobotę rano do Marina de Vilamoura. Wita nas tam Krzysiek Kamiński z pomocami nawigacyjnym na dalszą część rejsu. Za rufą od Port St. Louis du Rhone pozostało 914 mil morskich.

We wtorek wyciągają nas z wody. Tutaj w Vilamoura przygotowujemy Solidarity do długiego rejsu przez Atlantyk. Bardzo będzie tutaj pomocny Janusz Oszczepalski od lat zamieszkały w Vilamourze i pracujący jako subcontractor w marinie.W Vilamoura spędzamy święta Bożego Narodzenia. W Wigilię jesteśmy zaproszeni przez Janusza Oszczepalskiego do jego polsko-bułgarskiego domu. Tylko Janusz jest Polakiem. Pochodzi z Gdańska, pracował jako szef elektryków w gdańskiej „remontówce”. Żonę poznał na kontrakcie w Angoli. Jego żona, córki i teściowie to Bułgarzy. Wszyscy mieszkają w Portugalii w domku, który w Ameryce nosi nazwę townhouse (w Polsce zapewne bliźniak). Dziwna i inna to wigilia w gronie przyjaznych ludzi na portugalskiej ziemi. Na stole tylko owoce morza (Janusz i jego rodzina nie jedzą zupełnie mięsa) i ciasto, do tego czerwone wino i szkocka whisky. Po wigilijnej kolacji długo siedzimy z Januszem snując polskie i światowe wspominki. Na jacht wracamy gdzieś w granicach godziny trzeciej w nocy. Pierwszy dzień świąt spędzamy na jachcie. Robimy dość gruntowne porządki; wszak przybędzie jeszcze co najmniej dwóch członków załogi i będą potrzebowali przestrzeni do życia. Praca w święta mi nie przeszkadza – i tak nie ma gdzie iść. Z mariny (całkowicie pustej) wszędzie daleko, aby dostać się do miasteczka trzeba obejść dookoła cały basen portowy, a to dobrych kilka kilometrów. Jutro koniecznie muszę się ruszyć dalej i znaleźć kafejkę internetową, aby wysłać artykuł i zdjęcia do Dziennika Związkowego. Nie spodziewałem się, że tu tak ubogo jeżeli chodzi o internetowe sprawy. Do REJS-u materiały wyślę już z Madery.

Dzisiaj niedziela 28 grudnia, chłopcy z mariny kończą czyszczenie i malowanie części podwodnej. Generalnie wszystko jest gotowe do odpłynięcia. Jeżeli dobrze pójdzie to jutro wodowanie i powinniśmy odpłynąć na Maderę. Niestety dalej w dwójkę, jak do tej pory nikt z obiecujących załogantów nie przybył. Mamy zamiar wypłynąć w czwartek 1 stycznia 2004 roku po zapoznaniu się z prognozą pogody wywieszoną w holu Marina de Vilamoura. Dla dobrego samopoczucia sprawdzam jeszcze raz prognozę i mapę synoptyczną w internecie na stronie niemieckiego wetter und klima. Do tej pory uchodziła wśród żeglarzy za wiarygodną. Obie prognozy i mapy synoptyczne umiejscawiają olbrzymi obszar wysokiego ciśnienia sięgający od Azorów przez półwysep Iberyjski aż do Madery czyli tam gdzie chcemy płynąć. Wiatry mają być najpierw zachodnie później północno zachodnie aż do północnych. Prędkość wiatrów od 5 węzłów do około 20. Wprost wymarzone warunki. Z Vilamoury na Maderę kurs wynosi 241 stopni , odległość 500 mil morskich. Poprzedniego dnia w Sylwestra pożegnaliśmy się z Januszem i jego małżonką i w Nowy Rok rano o 8.30 odpływamy z mariny. Wiatr niewielki z zachodu cichnie prawie całkowicie po paru godzinach. Zaczynam poważnie zastanawiać się czy nie wzięliśmy za mało paliwa. Wiatr po kilku godzinach wraca z północnego zachodu i zaczyna rosnąć. O godzinie 16.10 już mamy drugi ref na grocie. Zapada szybko zmrok. O 18.00 już jest ciemno i noc trwa prawie do godziny 8 rano czyli 14 godzin. Całe szczęście, że księżyc zdąża w kierunku pełni i rozświetla ponury i wzburzony ocean. Nad ranem awaria; puszcza szekla szotów grota i podczas kolejnego głębokiego przechyłu bom przelatuje gwałtownie na drugą burtę. Dobrze, że nikt z nas nie stoi mu na drodze. Zrzucam grota i od tej pory płyniemy tylko na genui. W dziennym świetle zauważamy, że nie obyło się bez uszkodzeń; mamy pęknięte szkło nowego miernika wiatru i głębokie wgniecenie sklejki siedzenia w kokpicie. Płyniemy baksztagiem prawego halsu na samej „gieni” ale wkrótce się okazuje, że to dalej za dużo. Fala rośnie dramatycznie. Oceanem zmierzają całe „kamienice” wodne. Jedna z nich uderza w burtę Solidarity podczas gwałtownego przyspieszenia na grzbiecie fali. Jacht kładzie się głęboko na burtę, aż po nadbudówkę. Wewnątrz dobiega hałas wysypujących się różnych rzeczy ze schowków. Decyduję się zrzucić genuę. Adam staje za sterem ja na dziobie walczę z nieposłusznym żaglem. W jego miejsce stawiam fok marszowy zwany u nas wendefock. Niepomiernie wzrasta - jeżeli można tak powiedzieć - komfort „jazdy”. Kończą się dzikie szarże pod genuą. Wiatr stabilizuje się na sile 7-9 stopni Beauforta, w szkwałach więcej. W niedzielę 4 stycznia wiatr wyraźnie siada, fala również. O 14.30 zauważamy zarysy wyspy Porto Santo. To forpoczta głównej wyspy Madera gdzie zamierzam się zatrzymać. Pobieżne wyliczenia dowodzą, że mariny w Funchal wejdziemy późno w nocy gdzieś około 3 godziny nad ranem. Wchodzimy o 04.10 i cumujemy do burty jachtu o nieokreślonej przynależności. Idę spać – ostatnie dni nie były zasobne w sen. Wstaję bardzo późno - jednak organizm bardzo potrzebował regeneracyjnego odpoczynku. Dzisiaj niewiele zajęć, zgłosić wejście do immigration i celników oraz w biurze mariny. Przy okazji załatwiam korzystanie z telefonu mariny bowiem dzisiaj (poniedziałek) mam cotygodniową audycję na polonijnym radiu !030 AM Chicago. Przed audycją dłuższa rozmowa z Krzyśkiem Kamińskim, który tutaj do nas doleci jako nawigator. Może przywiezie ze sobą jeszcze jednego załoganta – bardzo by się przydał – te dwugodzinne wachty mocno dały się nam we znaki.

Ósmy stycznia – dzisiaj wreszcie doleciał nasz nawigator. Odebraliśmy go z lotniska i prawie z marszu ruszyliśmy w wyspę (samochodem). Odwiedziliśmy przepiękny, naturalny port rybacki Camara de Lobos – ulubione miejsce Winstona Churchilla, który tutaj malowal na sztaludze swoje impresje artystyczne (prawda, że odbiega to od wizerunku premiera i męża stanu). Stamtąd zatrzymaliśmy się na urwisku Cabo Girao (drugie najwyższe na świecie – 580 m pionowej ściany nad oceanem). W drodze powrotnej umiejscowiliśmy jeszcze willę w której mieszkał Marszałek, ale o tym już w kolejnej relacji.

Andrzej W. Piotrowski

 

 

 

 


Vilamoura; wodowanie Solidarity


Na kursie Porto Santo


Solidarity w Funchal


Skiper i nawigator Solidarity


Kutry w Cmara de Lobos


Zaloga s/y Solidarity