Odysseus Racing Team

Karaiby 2002

 

 

    Tak wiele może się wydarzyć w ciągu tygodnia; niniejsza relacja zawiera tylko opis  wydarzeń mających związek wyłącznie z żeglowaniem poprzez Amerykańskie i Brytyjskie Wyspy Dziewicze, aż do wyspy St.Maarten.  Nie zawiera zaś (a szkoda) opisu wydarzeń poprzedzających nasze przybycie do San Juan, kiedyśmy to wędrowali poprzez Karaiby z wyspy na wyspę i  nieoczekiwanie odkryli niezwykłą gościnność prawdopodobnie potomków króla Tortoli, którzy gotowi byli (gotowe były) dla naszej satysfakcji uczynić wszystko. Okazja została stracona, ponieważ jedyny wśród nas kawaler, za wyłączeniem gestów sympatii niczym innym nie zasłużył,  aby go aż tak owe księżniczki (prawdopodobnie potomkinie rodu królewskiego) traktowały. Pozostała, (żonata) część naszej załogi, po prostu poszła wcześniej spać w podwojach - prawdopodobnie - królewskiego pałacu. Ale skąd się tam wzięliśmy, na tej Tortoli, niestety – nie może być tematem niniejszej relacji.

   Podobnie jak nie może być tu zarejestrowany przebieg dwudniowego testowania Załogi Odyseusza przez Kapitana Piotrowskiego. Jako, że był to test "na wejscie", wspomnieć tylko warto, że wypadliśmy znakomicie.

    Za wielkie pieniądze sprzedamy kiedyś (nagrane) patriotyczne wykłady naszego kapitana, bo trzeba wszystkim wiedzieć, że mało dziś takich – karaibskich korsarzy z prawdziwie  słowiańską duszą i  fantazją.

Wytropione przez Andrzeja ślady Słowiaństwa na Karaibach, ot chociażby istnienie na Haiti całych wiosek, których mieszkańcy mają polskie nazwiska po tatusiach (dzisiaj już pra,pra,pra dziadkach przybyłych tu onegdaj z Legionami Napoleona). Wielkiego dzieła pojednania narodów bułgarskiego z polskim dokonał nasz kapitan pouczając trzy i  pół godzinnym wykładem załogę bułgarskiego jachtu o historycznych przyczynach wdzięczności jakie ów Naród powinien czuć do naszego Narodu, zresztą – Narodu Wybranego.

   Oraz wiele, wiele innych ciekawych wydarzeń z naszego krótkiego przecież rejsu, niestety ani tu miejsce, ani pora, ani też temat aby o nich rozprawiać. Zresztą, może i  niedyskretnie by było…


 

ZAŁOGA "ODYSEUSZA" NA KARAIBACH
7 – 13 kwietnia 2002

  

    Zazwyczaj zrównoważony passat zamienił się w  gwałtowny sztorm na dwa dni przed naszym przybyciem;  w marinie San Juan  witały nas kłaniające się w pas palmy. "Gemini" wszedł do portu nocą w ulewnym deszczu. My, zgodnie z zapowiedzią, zjawiliśmy sie na kei o 10-tej rano. Pomimo niesłychanych perturbacji, jakie towarzyszyły naszej podróży poprzez Karaiby do Puerto Rico, dotarliśmy na czas sądząc, że zaraz wyruszymy w dalszy rejs – na St.Maarten. Sztorm zmieniał plany. Poprzednia załoga "Gemini" odlatywała do swoich spraw i  lądów, a kapitan Andrzej Piotrowski, który na jachcie pozostawał, widział nas pierwszy raz w życiu i nie miał żadnej pewności, że stanowimy załogę, która poradzi sobie w 6-metrowej fali z jachtem, którego nie zna. Czas próby dopiero nadchodził i, aby tradycji Żeglarskiej Republiki Karaibskiej  stało się zadość, należało najpierw wykazać się umiejętnością "bycia załogą na lądzie". Nie jest to łatwy sprawdzian, o czym wielu żeglarzy dobrze wie; łatwiej jest żyć, gdy kołysze się pokład pod stopami niźli cała ziemia.

   Twierdza El MorroDwudniowy sprawdzian potwierdził wytrzymałość załogi "Odyseusza" na każde warunki, nawet gdy się Ziemia kołysze. Ale mimo wszystko, zdążyliśmy odwiedzić twierdzę El Morro, która przez wieki broniła wejścia do portu San Juan, zaopatrzyliśmy jacht w żywność, wodę i parę zwykłych acz niezbędnych w rejsie ingrediencji.

   Wyszliśmy w morze w 48 godzin po zamustrowaniu, mimo sztormu, który miał minąć lecz nie minął, mimo, że w porcie dobrze nam było… Dlatego pewnie zaraz wróciliśmy: w odległości dwóch mil od brzegu strzelił grot na całej długości bryty powyżej pierwszego refu. Powrót, szukanie żaglomistrza, reperacja, kolejne testowanie załogi (nadal wykazywaliśmy ogromną odporność na wszelakie testy).

   Wyszliśmy w morze w 72 godziny po zamustrowaniu. Sztorm trwał nadal, ale czas umykał i już nie można było dalej czekać. Wyruszyliśmy zwarci-gotowi, po tych wszystkich testach  uodpornieni na każdy następny, który szykowało nam morze.

   "Gemini" jest świetnym jachtem, doskonałym na każde warunki: kurs nam wypadł dokładnie pod wiatr, a więc i dokładnie pod falę, ktora usiłowała zatrzymać jacht tworząc przed nim ściany wody, albo po prostu  całkowicie go zalewając. Spotkanie ze ścianą wody przy szybkości 7 węzłów  jest podobne do spotkania z betonową ścianą: uderzenie daje odgłos ogromnego bębna a cała skorupa trzeszczy na wszystkich wiązaniach jakby po raz ostatni. Gwałtowna i nieustająca zmiana osi i płaszczyzn w jachcie powoduje, że ani się nigdzie zatrzymać, ani położyć ani tymbardziej trafić do hundkoi, która to jako posłanie przypadła Józkowi i przez czas sztormu biedak ni jak nie mógł tam trafić. A w końcu przecież trzeba było gdziś trafić i gdzieś chwilę przedrzemać. Janusz wbijał się gdzieś pomiędzy stół w kajucie a kanapę, z której wiecznie spadał. A ja, cierpiąc jak zwykle za miliony, nie broniłem się nawet: drzemałem a to na koi, a to na podłodze, a to znów na ścianie, a to, już sam nie wiem gdzie. W dodatku robiąc za nawigatora musiałem wciąż wiedzieć gdzie jesteśmy. Zmiany przy sterze były co dwie godziny i, wierzcie - nie wierzcie, na tym 40-stopowym jachcie nawet podczas sztormu  wystarczy wachta jednoosobowa. Sztormowa różni się od niesztormowej tym tylko, że nażłopie się człowiek morskiej wody za wszystkie czasy, a celował w tym Józio - chyba tak lubił.

Siedemnaście sztormowych godzin dało wynik 100 mil – tyle dzieli San Juan od wyspy Jost Van Dyke. Maleńka wystająca z morza góra należąca do archipelagu British Virgine Island. Zatrzymaliśmy się tam aby załatwić "emigrację" dla naszej załogi i trochę odsapnąć. Dopływamy do wyspy Jost Van Dyke

   Ranek na takiej wyspie trwa dość długo. Przede wszystkim nie obowiązują tam żadne godziny otwarcia urzędów. Emigration Office np. otwarto gdy przybył tam wielką łodzią emigration officer . I to była właściwa godzina otwarcia, nie ważne jaka. Na wyspie były trzy knajpy, otwarte chyba zawsze, bo gdyśmy podpłynęli naszą dinghi wszystkie trzy były gotowe na przyjęcie gości. Był tam jeszcze kościół Metodystów, również otwarty i stał tam zepsuty samochód z napisem "Taxi". Poza tym chyba nic tam więcej nie było. Na początku również nikogo. Palmy, góra, knajpki, kościół i oficer emigracyjny, który pozwolił nam na czasowy pobyt na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych.

Skorzystaliśmy z pozwolenia i niemal cały dzień trwało nasze żeglowanie wdłuż Sir Francis Drake Channel, który dzieli archipelag na północny i południowy. Wieczorem rzuciliśmy kotwicę w zatoczce na wschodnim wybrzeżu wyspy Tortola, tuż obok kamiennego domku, który przed pięćdziesięciu laty wybudował… Władysław Wagner. Tak, tan sam Władysław Wagner, który przed wojną na "Zjawie"  opłynął dookoła świat. Na kanale Drake'a   Na wyspie Tortola. W tle domek Wagnera.
Z  tego domku, ktory stoi na maleńkiej wysepce, po drugiej stronie zatoczki widać lotnisko, które jako pierwsze w rejonie Wysp Dziewiczych i Karaibów, również wybudował Władysław Wagner. 

   Kto o tym dziś pamieta?  Nie znajdziesz tam dzisiaj na ten temat najmniejszej informacji. (I na ten temat oraz naszej, narodzonej wówczas inicjatywy, rozpiszemy się niebawem.)

    ...i ta białoczerwona na rufie...Oczywiście, że odwiedziliśmy ten dom, w po-morsku urządzonej knajpie śpiewa tam jakiś bard, wrzeszczą papugi, osioł za domkiem porykuje, palmy i wielkie kaktusy kładą cień od słońca powoli kryjącego się za wzgórzami wyspy Tortola. W zatoczce sporo jachtów, amerykańskie, kanadyjskie i jeden z biało-czerwoną flagą na rufie… Nie zapomnę. Od razu wiedziałem, że nie zapomnę tej zatoczki, tych barw i szumu oceanu,  tych przeuroczych wysp, które mijaliśmy po lewej i prawej burcie, tego jachtu "Gemini" z biało-czerwoną...

Obywatele Żeglarskiej Republiki Karaibskiej odznaczają się odwagą i walecznością. Markowy trunek Żeglarskiej Republiki Karaibskiej  

Nazajutrz rano załoga "Odyseusza" weszła na ziemię Żeglarskiej Republiki Karaibskiej aby dostąpić rytuału włączenia jej do grona Obywateli Republiki. Chociaż ostateczna naturalizacja w wyniku decyzji Wysokiej Kapituły, miała nastąpić dopiero w listopadzie w Chicago, tutaj, na wodach Morza Kraibskiego miał sie dokonać akt poddaństwa w obecności samego Prezydenta Republiki. Ceremoniał to niezwykły, wymagający autentycznej scenerii, oryginalnych karaibskich mundurów, pirackich szabli i produkowanego na wewnętrzne potrzeby Republiki trunku, zwanego "Rozbitek".

Żeglarska Republika Karaibska to osobny rozdział naszej opowieści, której – z racji wysokiej rangi
– nie możemy mieszać ze zwykłą relacją z żeglowania.
I wreszcie po wszystkich testach na morzu i lądzie otrzymaliśmy paszporty Żeglarskiej Republiki Karaibskiej.

Bajeczna Bath IlandPo ceremonii i ukryciu pod pokladem republikańskich atrybutów płyniemy na Wyspę Bath. Nie wiem czy istnieją mapy wskazujące położenie Bath Island, ale wiem, że jest to najpiękniejsza łaźnia na świecie. W miejcu gdzie  spotykają się i często krzyżują fale Morza Karaibskiego i Atlantyku powstało piaszczyste wybrzuszenie, pokryte z jednej strony olbrzymimi granitowymi głazami, które osłaniają cudowną plażę i leżącą tuż za nią pośród palm – wioskę, której wszystkie domy pokryte są czerwoną dachówką.  Fale morza i oceanu uderzają wspólnymi siłami w granitowe rumowisko, przebijają się pośród głazów i kamieni, a powstające w szczelinach ciśnienie wypycha masy wody do góry, która po stronie wysepki spada wodospadem tworząc u stóp gruzowiska niewielkie jeziorko, a to - pojawia się i znika. Te granity i wodospad, najbielszy z możliwych biały piasek plaży, palmy, a pośród nich domki z czerwoną dachówką, ławice nieprawdopodobnie kolorowych ryb, gdy spojrzysz przez okulary pod wodę, wędrujące pod wodą całe kolonie morskiej flory i fauny – to wszystko razem może spowodowac zawrót głowy, przed którym ostrzegam. Tam się chce krzyczeć ze szczęścia.

   Więc krzyczeliśmy.

   Krzyczeliśmy również z żalu. Trzeba było odplywać. Stamtąd do St. Maarten to tylko 70 mil poprzez Atlantyk, ale pod wiatr. I trzeba tam być już jutro.

    Wypływamy na Atlantyk przed zmierzchem. Jeszcze otoczą nas stada delfinów  z piskiem radości dające nam popis tańca na płetwie i skoków, i piruetów.

   Jeszcze naoglądamy się zachodu słońca chowąjącego się za Wyspami Dziewiczymi.

   Potem noc nadchodzi, wieje przyzwoity równy passat, tylko nad ranem refujemy grota gdy szybkość jachtu przekracza 9 węzłów. Kolejne jednoosobowe wachty mają obowiązek budzić załogę gdy pojawi się światło "cruzera", te 16-piętrowe wczasowiska pędzą z szybkością 20 węzłów. Lepiej się nie ścigać.

    Noc na wachcie. Pomagają mi latające ryby, mnóstwo fosforyzujacych punktów pędzących ponad falami. Gwiazdy, wiatr, jacht… Słyszę jak coś mi wewnątrz zaczyna śpiewać. Słucham...."Ludzie, nie sprzedawajcie swych marzeń"…

 

Zbigniew Turkiewicz
- napisane w przededniu kolejnego wyjazdu Załogi Odyseusza  na Karaiby  - 3 stycznia 2003

       CRUISING