|
Tak
wiele może się wydarzyć w ciągu tygodnia; niniejsza relacja zawiera tylko
opis wydarzeń mających związek wyłącznie z żeglowaniem poprzez Amerykańskie
i Brytyjskie Wyspy Dziewicze, aż do wyspy St.Maarten. Nie zawiera zaś (a
szkoda) opisu wydarzeń poprzedzających nasze przybycie do San Juan, kiedyśmy
to wędrowali poprzez Karaiby z wyspy na wyspę i nieoczekiwanie odkryli
niezwykłą gościnność prawdopodobnie potomków króla Tortoli, którzy gotowi
byli (gotowe były) dla naszej satysfakcji uczynić wszystko. Okazja została
stracona, ponieważ jedyny wśród nas kawaler, za wyłączeniem gestów sympatii
niczym innym nie zasłużył, aby go aż tak owe księżniczki (prawdopodobnie
potomkinie rodu królewskiego) traktowały. Pozostała, (żonata) część
naszej załogi, po prostu poszła wcześniej spać w podwojach - prawdopodobnie
- królewskiego pałacu. Ale skąd się tam wzięliśmy, na tej Tortoli, niestety –
nie może być tematem niniejszej relacji.
Podobnie jak nie może być tu
zarejestrowany przebieg dwudniowego testowania Załogi Odyseusza przez Kapitana
Piotrowskiego. Jako, że był to test "na wejscie", wspomnieć tylko warto, że wypadliśmy
znakomicie.
Za wielkie pieniądze sprzedamy
kiedyś (nagrane) patriotyczne wykłady naszego kapitana, bo trzeba wszystkim
wiedzieć, że mało dziś takich – karaibskich korsarzy z prawdziwie słowiańską
duszą i fantazją.
Wytropione przez Andrzeja ślady Słowiaństwa na Karaibach, ot
chociażby istnienie na Haiti całych wiosek, których mieszkańcy mają polskie
nazwiska po tatusiach (dzisiaj już pra,pra,pra dziadkach przybyłych tu onegdaj z
Legionami Napoleona). Wielkiego dzieła pojednania narodów bułgarskiego z polskim
dokonał nasz kapitan pouczając trzy i pół godzinnym wykładem załogę
bułgarskiego jachtu o historycznych przyczynach wdzięczności jakie ów Naród
powinien czuć do naszego Narodu, zresztą – Narodu Wybranego.
Oraz wiele, wiele innych ciekawych
wydarzeń z naszego krótkiego przecież rejsu, niestety ani
tu miejsce, ani pora, ani też temat aby o nich rozprawiać. Zresztą, może i
niedyskretnie by było…

ZAŁOGA "ODYSEUSZA" NA
KARAIBACH
7 – 13 kwietnia
2002

Zazwyczaj
zrównoważony passat zamienił się w gwałtowny sztorm na dwa dni przed naszym
przybyciem; w marinie San Juan witały nas kłaniające się w pas palmy.
"Gemini" wszedł do portu nocą w ulewnym deszczu. My, zgodnie z zapowiedzią,
zjawiliśmy sie na kei o 10-tej rano. Pomimo niesłychanych perturbacji, jakie
towarzyszyły naszej podróży poprzez Karaiby do Puerto Rico, dotarliśmy na czas
sądząc, że zaraz wyruszymy w dalszy rejs – na St.Maarten. Sztorm zmieniał plany.
Poprzednia załoga "Gemini" odlatywała do swoich spraw i lądów, a kapitan
Andrzej Piotrowski, który na jachcie pozostawał, widział nas pierwszy raz w
życiu i nie miał żadnej pewności, że stanowimy załogę, która poradzi sobie w
6-metrowej fali z jachtem, którego nie zna. Czas próby dopiero nadchodził i, aby
tradycji Żeglarskiej Republiki Karaibskiej stało się zadość, należało najpierw
wykazać się umiejętnością "bycia załogą na lądzie". Nie jest to łatwy
sprawdzian, o czym wielu żeglarzy dobrze wie; łatwiej jest żyć, gdy kołysze się
pokład pod stopami niźli cała ziemia.
Dwudniowy
sprawdzian potwierdził wytrzymałość załogi "Odyseusza" na każde warunki, nawet gdy
się Ziemia kołysze. Ale mimo wszystko, zdążyliśmy odwiedzić twierdzę El Morro,
która przez wieki broniła wejścia do portu San Juan, zaopatrzyliśmy jacht w
żywność, wodę i parę zwykłych acz niezbędnych w rejsie ingrediencji.
Wyszliśmy w
morze w 48 godzin po zamustrowaniu, mimo sztormu, który miał minąć lecz nie
minął, mimo, że w porcie dobrze nam było… Dlatego pewnie zaraz wróciliśmy: w
odległości dwóch mil od brzegu strzelił grot na całej długości bryty powyżej
pierwszego refu. Powrót, szukanie żaglomistrza, reperacja, kolejne testowanie
załogi (nadal wykazywaliśmy ogromną odporność na wszelakie testy).
Wyszliśmy w
morze w 72 godziny po zamustrowaniu. Sztorm trwał nadal, ale czas umykał i już
nie można było dalej czekać. Wyruszyliśmy zwarci-gotowi, po tych wszystkich
testach uodpornieni na każdy następny, który szykowało nam morze.
"Gemini" jest świetnym jachtem, doskonałym na każde warunki: kurs nam wypadł dokładnie pod
wiatr, a więc i dokładnie pod falę, ktora usiłowała zatrzymać jacht tworząc
przed nim ściany wody, albo po prostu całkowicie go zalewając. Spotkanie ze
ścianą wody przy szybkości 7 węzłów jest podobne do spotkania z betonową
ścianą: uderzenie daje odgłos ogromnego bębna a cała skorupa trzeszczy na
wszystkich wiązaniach jakby po raz ostatni. Gwałtowna i nieustająca zmiana osi i
płaszczyzn w jachcie powoduje, że ani się nigdzie zatrzymać, ani położyć ani tymbardziej trafić do hundkoi, która to jako posłanie przypadła Józkowi i przez
czas sztormu biedak ni jak nie mógł tam trafić. A w końcu przecież trzeba było
gdziś trafić i gdzieś chwilę przedrzemać. Janusz wbijał się gdzieś pomiędzy stół
w kajucie a kanapę, z której wiecznie spadał. A ja, cierpiąc jak zwykle za
miliony, nie broniłem się nawet: drzemałem a to na koi, a to na podłodze, a to
znów na ścianie, a to, już sam nie wiem gdzie. W dodatku robiąc za nawigatora
musiałem wciąż wiedzieć gdzie jesteśmy. Zmiany przy sterze były co dwie godziny
i, wierzcie - nie wierzcie, na tym 40-stopowym jachcie nawet podczas sztormu wystarczy
wachta jednoosobowa. Sztormowa różni się od niesztormowej tym tylko, że
nażłopie się człowiek morskiej wody za wszystkie czasy, a celował w tym Józio - chyba tak lubił.
|
Siedemnaście
sztormowych godzin dało wynik 100 mil – tyle dzieli San Juan od wyspy
Jost Van Dyke.
Maleńka wystająca z morza góra należąca do archipelagu British Virgine Island.
Zatrzymaliśmy się tam aby załatwić "emigrację" dla naszej załogi i trochę
odsapnąć. |
 |
Ranek na
takiej wyspie trwa dość długo. Przede wszystkim nie obowiązują tam żadne godziny
otwarcia urzędów. Emigration Office np. otwarto gdy przybył tam wielką
łodzią emigration officer . I to była właściwa godzina otwarcia, nie
ważne jaka. Na wyspie były trzy knajpy, otwarte chyba zawsze, bo gdyśmy
podpłynęli naszą dinghi wszystkie trzy były gotowe na przyjęcie gości. Był tam
jeszcze kościół Metodystów, również otwarty i stał tam zepsuty samochód z
napisem "Taxi". Poza tym chyba nic tam więcej nie było. Na początku również
nikogo. Palmy, góra, knajpki, kościół i oficer emigracyjny, który pozwolił nam
na czasowy pobyt na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych.
|
Skorzystaliśmy z pozwolenia i niemal cały dzień trwało nasze żeglowanie wdłuż
Sir
Francis Drake Channel, który dzieli archipelag na północny
i
południowy. Wieczorem rzuciliśmy kotwicę w zatoczce na wschodnim wybrzeżu wyspy
Tortola, tuż obok kamiennego domku, który przed pięćdziesięciu laty wybudował…
Władysław Wagner. Tak, tan sam Władysław Wagner, który przed wojną na "Zjawie"
opłynął dookoła świat. |
 |
Z tego
domku, ktory stoi na maleńkiej wysepce, po drugiej stronie zatoczki widać
lotnisko, które jako pierwsze w rejonie Wysp Dziewiczych i Karaibów, również wybudował Władysław Wagner.
Kto o tym
dziś pamieta? Nie znajdziesz tam dzisiaj na ten temat najmniejszej informacji.
(I na ten temat
oraz naszej, narodzonej wówczas inicjatywy, rozpiszemy się niebawem.)
Oczywiście, że
odwiedziliśmy ten dom, w po-morsku urządzonej knajpie śpiewa tam jakiś bard,
wrzeszczą papugi, osioł za domkiem porykuje, palmy i wielkie kaktusy kładą cień
od słońca powoli kryjącego się za wzgórzami wyspy Tortola. W zatoczce sporo
jachtów, amerykańskie, kanadyjskie i jeden z biało-czerwoną flagą na rufie… Nie
zapomnę. Od razu wiedziałem, że nie zapomnę tej zatoczki, tych barw i szumu
oceanu, tych przeuroczych wysp, które mijaliśmy po lewej i prawej burcie, tego
jachtu "Gemini" z biało-czerwoną...
 |
 |
Nazajutrz rano załoga
"Odyseusza" weszła na ziemię Żeglarskiej Republiki
Karaibskiej aby dostąpić rytuału włączenia
jej do grona Obywateli Republiki. Chociaż ostateczna naturalizacja w wyniku
decyzji Wysokiej Kapituły, miała nastąpić dopiero w listopadzie w Chicago,
tutaj, na wodach Morza Kraibskiego miał sie dokonać akt poddaństwa w obecności
samego Prezydenta Republiki. Ceremoniał to niezwykły, wymagający autentycznej
scenerii, oryginalnych karaibskich mundurów, pirackich szabli i produkowanego na
wewnętrzne potrzeby Republiki trunku, zwanego "Rozbitek". |
Żeglarska
Republika Karaibska to osobny rozdział naszej opowieści, której – z racji
wysokiej rangi
– nie możemy mieszać ze zwykłą relacją z żeglowania. |
 |
Po ceremonii i ukryciu pod pokladem republikańskich atrybutów płyniemy na Wyspę
Bath. Nie wiem czy istnieją mapy wskazujące położenie Bath Island, ale wiem, że
jest to najpiękniejsza łaźnia na świecie. W miejcu gdzie spotykają się i
często krzyżują fale Morza Karaibskiego i Atlantyku powstało piaszczyste
wybrzuszenie, pokryte z jednej strony olbrzymimi granitowymi głazami, które
osłaniają cudowną plażę i leżącą tuż za nią pośród palm – wioskę, której
wszystkie domy pokryte są czerwoną dachówką. Fale morza i oceanu uderzają
wspólnymi siłami w granitowe rumowisko, przebijają się pośród głazów i kamieni,
a powstające w szczelinach ciśnienie wypycha masy wody do góry, która po stronie
wysepki spada wodospadem tworząc u stóp gruzowiska niewielkie jeziorko, a to -
pojawia się i znika. Te granity i wodospad, najbielszy z możliwych biały piasek
plaży, palmy, a pośród nich domki z czerwoną dachówką, ławice nieprawdopodobnie
kolorowych ryb, gdy spojrzysz przez okulary pod wodę, wędrujące pod wodą całe
kolonie morskiej flory i fauny – to wszystko razem może spowodowac zawrót głowy,
przed którym ostrzegam. Tam się chce krzyczeć ze szczęścia.
Więc
krzyczeliśmy.
Krzyczeliśmy
również z żalu. Trzeba było odplywać. Stamtąd do St. Maarten to tylko 70 mil
poprzez Atlantyk, ale pod wiatr. I trzeba tam być już jutro.
Wypływamy na
Atlantyk przed zmierzchem. Jeszcze otoczą nas stada delfinów z piskiem radości
dające nam popis tańca na płetwie i skoków, i piruetów.
Jeszcze
naoglądamy się zachodu słońca chowąjącego się za Wyspami Dziewiczymi.
Potem noc
nadchodzi, wieje przyzwoity równy passat, tylko nad ranem refujemy grota gdy
szybkość jachtu przekracza 9 węzłów. Kolejne jednoosobowe wachty mają obowiązek
budzić załogę gdy pojawi się światło "cruzera", te 16-piętrowe wczasowiska pędzą
z szybkością 20 węzłów. Lepiej się nie ścigać.
Noc na
wachcie. Pomagają mi latające ryby, mnóstwo fosforyzujacych punktów pędzących
ponad falami. Gwiazdy, wiatr, jacht… Słyszę jak coś mi wewnątrz zaczyna śpiewać.
Słucham...."Ludzie, nie sprzedawajcie swych marzeń"…
Zbigniew
Turkiewicz
- napisane w przededniu kolejnego
wyjazdu Załogi Odyseusza na Karaiby - 3 stycznia 2003
CRUISING
|