Milosnicy
zeglarstwa regatowego doskonale
orientuja sie co znaczy
Youngstown.
Dla malo, albo wcale nie wprowadzonych wyjasnie, ze sa to jedne z najwiekszych regat
odbywajacych sie na wielkich jeziorach amerykanskich.
Level Regatta to jedne z najwiekszych regat na swiecie,
rozgrywanych na wodach slodkich.
Gdzie jest
polozona miejscowosc Y. spytac sie
moze kazdy.
Bardzo blisko naszych terenow.
Dokladnie po drugiej stronie rzeki Niagara, naprzeciw
miasteczka Niagara-on-the-Lake.
W tych regatach nasza
klubowa zaloga miala wystartowac na lodce
“TNT”, jednak wczesniejsze wypadki wyeliminowaly te
jednostke z regat na dobrych kilka miesiecy.
W tej sytuacji wraz z
Irkiem Zubko podjelismy dosc smiala
i niekonwencjonalna decyzje.
Na zlocie zeglarzy w Grimsby zdecydowalismy, ze
pojedziemy do Youngstown
ze Zbyszkiem Sarna.
Wielu napewno zdziwila nasza decyzja, my jednak wyszlismy
z zalozenia, ze wszyscy zeglarze to jedna rodzina, a
jak sami wiemy z wlasnego zycia, w najlepszej rodzinie trafiaja
sie male nieporozumienia. Moze takie nieporozumienia kiedys byly, ale przed
regatami nastal pokoj.
Obie strony wyrazily chec wspolpracy, i w
ten oto sposob ruszylismy do przygotowan, ktore rozpoczely
sie na poczatku lipca.
Zbyszek jest wlascicielem CS30,
ktora sciga sie w kazda srode w PCYC.
Zaliczylismy
tez kilka regat sobotnio - niedzielnych, nie ma duzo czasu na
trening, tydzien
przed
Y. poznajemy dalszych
zalogantow.
Ostatnie ustalenia i w piatek
po poludniu ruszamy na podboj Ameryki.
Czy sie nam to uda, tego nie wiemy.
Jestesmy dobrej mysli.
Jachty, jeden po drugim wplywaja do malego portu
tego przygranicznego miasteczka.
I nasza zaloga zebrala sie w komplecie: Zbyszek, wlasciciel “RODECREW”,
Irek – sternik, Wladek - czlowiek
od spinakera, Maciek - taktyk, Wojtek - lewy szotman i Leszek - prawy szotman.
Okolo 10 wieczorem po ostatnich ustaleniach udajemy sie na
spoczynek.
Sobota
jest pierwszym dniem regat.
Ruszamy dosc wczesnie, bo okolo
godziny 8.30.
Po drodze na akwen, gdzie mialy odbyc sie regaty
pozbywamy sie zbednego balastu, jest slaby wiatr, nie
chcemy nosic ze soba za duzo kilogramow. Ostatnie
ustalenia, co, kto, i dlaczego.
Pada pierwsza komenda, stawiamy grota. Mamy sporo czasu na
ustawienie zagla
w idealnym trymie, mamy idealny wiatr dla naszej lodki.
Nie wieje wiecej niz 2 w skali B. Nasza klasa startuje jako 5.
Mamy nadal sporo czasu na podgladanie konkurencji. Robimy to dosyc
dokladnie, kazdy komentuje kolejne starty, nadchodzi czas
naszego startu.
Linia startu ustawiona idealnie pod wiatr, jest stosunkowo dluga. Daje to mozliwosc walki na samej linii startowej.
Nasz plan jest bardzo prosty.
Wyjsc jak najlepiej, wyrobic sobie dobra
pozycje do pierwszej boi, i trzymac tak az do konca.
Ze startu wychodzimy bardzo dobrze, pierwsza
halsowka
nadspodziewanie dobra.
Zaloga walczy z wielka ambicja,
Irek przelicza katy, analizuje kursy, optymalnie najlepsze
dla danego kierunku wiatru, idzie nam dobrze.
Na pierwszej boi jestesmy pierwsi.
Spinaker zapala idealnie. Widac jak oddalamy sie od
przeciwnikow.
Zdobywamy spora przewage, kolejna boja, spinaker idzie
w dol. Mamy spora przewage, ale nie wolno lekcewazyc konkurencji. Te regule znamy wszyscy. Ostatnia halsowka w tym
biegu, wybieramy prawy hals. Czy prawidlowo, okaze sie niebawem.
Sprawdzamy konkurencje, podchodzimy do
tych, ktorzy wybrali
lewy hals.
Naszym oczom ukazuje sie widok straszny, nasz hals byl
bardzo niekorzystny.
Nasza przewaga zostala juz tylko w pamieci,
przynajmniej dwa jachty przejechaly nas na tej halsowce.
Jest boja, stawiamy ponownie spinaker, pracuje idealnie.
Zostaje ostatnia prosta na mete, cholernie malo czasu, a
przed nami dwa jachty. Ciagla praca na
zaglach, kilka zwrotow przez rufe,
to daje efekty. Doslownie 200 metrow przed meta przechodzimy jedna
z gonionych zalog.
Widzimy ich ponure miny, nasze nie sa wiele lepsze.
Na mete wchodzimy jako drudzy.
Pierwszy wszedl jacht ”Synchronicity”, nie jestesmy
zadowoleni.
Mielismy wygrana w zasiegu dloni, a jednak
wzielismy "tylko” drugie miejsce.
Dostalismy pierwszego klapsa.
Dobre dziecko wzielo by sobie to do serca.
My jednak, nie nalezymy chyba do tych dobrych dzieci.
Zaczynamy
drugi bieg, praktycznie kopia biegu pierwszego. Idzie nam bardzo dobrze,
Przez 2/3 trasy prowadzimy stawke.
Na mete przychodzimy podobnie jak poprzednio na drugim
miejscu.
Gdzie zrobilismy blad? tego nikt nie wie, i to
jest najgorsze w tej calej zabawie.
Zostaje nam jeszcze jeden bieg, stajemy do startu ponownie
maksymalnie skoncentrowani.
Idzie nie najgorzej, przez caly czas chodzimy w granicach
czolowki, na mete przychodzimy jednak dopiero na trzecim
miejscu.
Gdzies
po drodze do mety zrobilismy jakies male bledy,
bledy, ktore zawazyly na naszej koncowej
pozycji.
Pierwszy
dzien regat zakonczony, cale popoludnie i pol
nocy myslimy, gdzie tkwi nasz problem.
Rano, niestety bolaly nas jedynie glowy od tego ciezkiego
myslenia, co zostalo wymyslone, tego w szczegolach
nie bede opisywal.
W niedziele dobralismy jeszcze jednego zaloganta,
byl nim Rafal, syn Irka.
Mlody chlopak, ale bardzo dobrze zapowiadajacy sie zeglarz, chlopak ten robi spore postepy, w nim to wlasnie
upatrywalismy nasza nadzieje.
Przydzielilismy Rafalowi bardzo wazna role,
czlowieka od robienia klaru na lodce po kazdym manewrze.
Jak sie okazalo,
byl to bardzo dobry pomysl.
W
niedziele zostaly nam dwa biegi, dwa biegi, ktore bez trudu
wygralismy, pozostawiajac przeciwnikow daleko za nami.
Byl to bardzo piekny widok, nam jednak do pelni
szczescia brakowalo jeszcze jednego wygranego wyscigu.
Do pelnej
rekompensaty za te trzy przegrane biegi, dzien wczesniej.
W niezlych nastrojach wracalismy do portu. W koncowej klasyfikacji zajelismy drugie miejsce,
ze strata tylko 2 punktow do zwyciezcow. Naprawde malo, zostaje jedynie zyc nadzieja
szybkiego rewanzu.
Na pewno nastapi to w nowym tysiacleciu.
A wiec do zobaczenia za rok.
Swymi
wrazeniami z regat w Y. podzielil sie z Wami
Wladek
Golab
|